W drugiej turze pokonała Grzegorza Waksmundzkiego z Koalicji Obywatelskiej. Oddano na nią 2247 głosów przy frekwencji 38,18 procent. Dwa tygodnie wcześniej, w pierwszej turze, o urząd walczyło sześcioro kandydatów i to ona miała najlepszy wynik: 1482 głosy. Skala zwycięstwa zaskoczyła ją samą.
- Spodziewaliśmy się wszyscy w komitecie, że to będzie kwestia pojedynczych głosów. Więc ogromne zaskoczenie, ale jednocześnie duma i pełna wdzięczność wobec mieszkańców, że wybrali kogoś z komitetu obywatelskiego, niezależnego politycznie
– mówi Marcela Hryniak-Bereżnicka, nowa burmistrz Sobótki.
Ma 40 lat i jest lekarzem weterynarii. Wychowuje trójkę dzieci. Od sześciu lat jest sołtyską Sulistrowiczek, od dwóch i pół roku radną w Sobótce. Kieruje Stowarzyszeniem „Dla Sobótki”, prowadzi też Koło Gospodyń Wiejskich w swojej wsi.
Dziewięć miesięcy kampanii
Kampanię liczy od stycznia. Wtedy, jak mówi, złożyła wniosek o referendum. Głosowanie odbyło się 26 kwietnia. Poszło na nie 3145 mieszkańców, o ponad 400 więcej, niż wymagał próg ważności, a za odwołaniem burmistrza opowiedziało się 97,7 procent z nich. Radni zachowali mandaty, bo do odwołania rady zabrakło 51 głosów. Gminą kierował potem komisarz, wyznaczony w maju przez premiera.
- To referendum nam się udało. Jest to też wielki sukces demokratyczny i samorządowy na arenie całego naszego kraju. Trochę się śmiejemy, że Kraków się nami zainspirował
- dodaje.
Kraków głosował miesiąc po Sobótce. 24 maja mieszkańcy odwołali prezydenta Aleksandra Miszalskiego.
Wakaty i przeciążone stanowiska
W kampanii mówiła o chaosie w urzędzie. Teraz wskazuje jego źródło.
- Chaos wynika przede wszystkim z tego, że jest dużo wakatów. Przez to poszczególne stanowiska są po prostu nadmiernie obciążone
- tłumaczy.
- Nawet najlepszy burmistrz sam niczego nie zdziała. Musi mieć zespół, który będzie pracował na rzecz gminy i mieszkańców.
Najpilniejszy jest wakat kierownika referatu inwestycji. Nowa burmistrz zapowiada też biuro obsługi mieszkańca, w ratuszu i w budynku przy ulicy Strzelców. Sprawę ma się dać załatwić przy dwóch stanowiskach, „bez biegania po schodach i po pokojach”.
„Wrocław bez betonozy”
Wrocław zna od podszewki. Urodziła się tam i mieszkała 26 lat, chodziła do liceum, skończyła weterynarię na Uniwersytecie Przyrodniczym. Wraca do miasta bez sentymentu.
- Nie podoba mi się ta betonoza, która jest we Wrocławiu. To też był jeden z powodów, dla których razem z rodziną uciekliśmy tutaj, pod Ślężę, gdzie jest dużo więcej zieleni i większy spokój
- mówi.
Na pewno od Wrocławia chce się nauczyć transportu publicznego. Zapowiada współpracę z przewoźnikiem Polbus i tworzenie związków międzygminnych w aglomeracji wrocławskiej.
- Nasze wsie są trochę wykluczone komunikacyjnie. Mieszkańcy na to bardzo narzekają i powtarzają, że przez to mają utrudniony dostęp do wielu usług
- mówi. Rozmowy z prezydentem Wrocławia, jak deklaruje, powinny się odbyć.
Turysta wchodzi na Ślężę i odjeżdża
Ruch idzie też w drugą stronę. Dla wrocławian Ślęża to najbliższa góra i w pogodny weekend widać to na drogach.
- Właściwie w każdy weekend jesteśmy poniekąd oblężeni, ale nie mamy żadnej oferty turystycznej, która zatrzymałaby turystę na dłużej. Turysta przyjeżdża, wchodzi na Ślężę i odjeżdża
- mówi nowa burmistrz.
Kilka lat temu mieszkańcy Sulistrowiczek policzyli samochody. W niedzielnym szczycie przez wieś przejeżdżało wtedy około tysiąca aut, a ruch był porównywalny z wrocławskimi osiedlami - tak wynika z jej relacji. To samo dzieje się na całej drodze powiatowej, od Mirosławic w górę. Burmistrz chce ten ruch rozładować i zadbać o bezpieczeństwo pieszych i rowerzystów. Zapowiada trasy pieszo-rowerowe i ścieżki dydaktyczne, z jednym zastrzeżeniem: mają służyć mieszkańcom na co dzień, turystom w weekendy.
Opanowanie z gabinetu weterynaryjnego
Mówi, że na stres jest przygotowana zawodowo. - Kiedy ratuje się życie zwierząt, tak samo jak ludzkie, liczą się sekundy, wiedza i przede wszystkim opanowanie. Skrajnie stresujące sytuacje nie są dla mnie problemem.
Marcela Hryniak-Bereżnicka odnosi się również do hejtu, którego doświadczyła w kampanii. - Jeśli coś powiedzieliśmy w internecie, to tak naprawdę powiedzieliśmy to po prostu do drugiej osoby. Nasze dzieci obserwują, jak się do siebie zwracamy - mówi.
Rozmowę kończy zdaniem, które powtarzała na spotkaniach wyborczych. - Niezależnie od poglądów, od tego, w co wierzymy i jak się ubieramy, wszyscy korzystamy z tej samej wody i kanalizacji. Jeździmy po tych samych drogach i oświetlają nas te same latarnie. Samorząd jest wspólnotą wszystkich mieszkańców, a nie tylko wybranej grupy.