Spis treści
- Makabryczna śmierć trzylatka z Kamiennej Góry. Lekarze byli w szoku
- Mariusz Vaćkar i matka Bartusia przerzucali się odpowiedzialnością. Mieszkańcy wyszli na ulice
- Babcia zamordowanego Bartka Kwiatkowskiego zabiera głos. Córka ukrywała przed nią prawdę
- Mariusz Vaćkar zgotował trzylatkowi trzydniowe piekło. Ujawniono szczegóły procesu
- Sąd Apelacyjny był bezwzględny dla katów Bartusia. Makabryczne zdjęcia wypłynęły do internetu
Makabryczna śmierć trzylatka z Kamiennej Góry. Lekarze byli w szoku
Makabryczna zbrodnia ujrzała światło dzienne w maju 2008 roku, gdy Iwona Kwiatkowska zjawiła się z trzyletnim synkiem w placówce medycznej. Kobieta twierdziła, że chłopczyk cierpiał w nocy z powodu wysokiej gorączki, majaków oraz biegunki. Lekarze natychmiast dostrzegli na ciele pacjenta potężne rany, a kierujący kamiennogórską prokuraturą rejonową określił później stan malucha mianem całkowitej masakry. Niestety, na jakikolwiek ratunek nie było już szans, ponieważ Bartek nie żył na długo przed przekroczeniem progu szpitala, co z góry skazywało reanimację na porażkę. Reakcja medyków była błyskawiczna – poinformowali organy ścigania, co skutkowało natychmiastowym zatrzymaniem 36-letniej matki zmarłego.
Medycyna sądowa nie pozostawiła złudzeń co do dłuższego okresu znęcania się nad ofiarą – gehenna trwała przynajmniej od kilku miesięcy. Do śmierci malucha doprowadziły rozległe urazy, wśród których patomorfolodzy wymienili głównie wewnętrzny krwotok w strefie lędźwiowej, a także obrzęk i potężny krwiak mózgu. Śledczy błyskawicznie skierowali swoje przypuszczenia w stronę 36-latki oraz jej młodszego partnera, 29-letniego Mariusza Vaćkara. Z uwagi na decyzję wymiaru sprawiedliwości o braku anonimizacji, prasa mogła oficjalnie publikować twarze oraz personalia dwojga podejrzanych, które po dziś dzień bez problemu można odnaleźć w prasie.
Mariusz Vaćkar i matka Bartusia przerzucali się odpowiedzialnością. Mieszkańcy wyszli na ulice
Zarówno matka, jak i jej konkubent usłyszeli prokuratorskie zarzuty dotyczące wyjątkowo bestialskiego pastwienia się nad bezbronnym dzieckiem. Organy ścigania zakwalifikowały ponadto czyny 29-latka jako pobicie zakończone zgonem, natomiast wobec Iwony Kwiatkowskiej sformułowano oskarżenie o zaniechanie ratunku. W pierwszych fazach postępowania żadne z nich nie poczuwało się do winy – para konsekwentnie umniejszała swoją rolę w tragedii, próbując zrzucić pełną odpowiedzialność na drugą stronę.
Tragedia chłopczyka wstrząsnęła lokalną społecznością, wywołując falę ogromnego oburzenia także na skalę ogólnopolską. Na ulice Kamiennej Góry spontanicznie wyszła ponad stuosobowa grupa obywateli, organizując głośny przemarsz. Hasła niesione przez tłum na transparentach głosiły apele o przełamanie znieczulicy społecznej, zachęcały do reagowania na krzywdę i przypominały o absolutnej bezbronności najmłodszych. Wydarzenie to miało miejsce zaledwie sześćdziesiąt minut przed ceremonią pogrzebową zmarłego maluszka. Co znamienne, w pierwszej linii manifestantów maszerowały dzieci i nastolatkowie – jak wyjaśniał dziennikarzom 14-letni uczestnik imieniem Mateusz, był to ich wspólny akt sprzeciwu zarówno wobec morderstwa trzylatka, jak i ogólnej przemocy dorosłych wobec nieletnich.
Podobne emocje wywołują nierzadko inne nagłośnione medialnie sprawy przemocy wobec najmłodszych, takie jak historia opisana w książce "Dzieci odchodzą w ciszy. Sprawa Kamilka z Częstochowy". Z kolei redakcja stacji TVN przytoczyła słowa jednej z inicjatorek zgromadzenia, Agnieszki Mastej. Działaczka podkreśliła przed kamerami, że marsz miał być dowodem na to, iż lokalna społeczność nie składa się z potworów, a okrutny los Bartka nie jest normą wychowawczą w ich mieście. Kobieta gorąco zachęcała zebranych do stanowczych reakcji w sytuacjach, gdy z sąsiednich mieszkań dobiega dziecięcy płacz.
"- Dziecko może płakać, bo ktoś robi mu krzywdę, ale i dlatego, że coś stało się jego mamie, że ktoś potrzebuje pomocy -"
przekonywała mieszkanka cytowana przez dziennikarzy TVN.
Skala okrucieństwa wywarła gigantyczne wrażenie nie tylko na cywilach, ale również na lokalnych policjantach. To właśnie empatia funkcjonariuszy sprawiła, że przymknęli oni oko na formalną nielegalność pikiety. Marsz na głównym placu wybuchł bowiem całkowicie żywiołowo jako reakcja na pochówek organizowany w odległym o kilkadziesiąt kilometrów Wałbrzychu. Mundurowi celowo odstąpili od procedur rozwiązywania niezgłoszonych zbiegowisk, dając ludziom swobodę przejścia z centrum aż pod budynek przy ulicy Jedwabnej, gdzie mieściło się mieszkanie zmarłego malca i jego katów. Finałem tej poruszającej wędrówki było pozostawienie na asfalcie płonących lampionów i wiązanek kwiatów ku pamięci zamordowanego dziecka.
Babcia zamordowanego Bartka Kwiatkowskiego zabiera głos. Córka ukrywała przed nią prawdę
Ostatnie pożegnanie malca przyciągnęło rzesze żałobników, a w tłumie nie zabrakło babci zmarłego, która postanowiła otwarcie porozmawiać z prasą. Kobieta zarzekała się, że wielokrotnie starała się reagować na podejrzaną sytuację, jednak czuła się całkowicie bezradna wobec postawy opiekunów.
"- Gdy zwracałam uwagę córce, to ona zabierała Bartusia i wyjeżdżała –"
opowiadała łamiącym się głosem. Kiedy sprawa trafiła ostatecznie na wokandę, starsza pani kategorycznie żądała wyciągnięcia najsurowszych konsekwencji karnych wobec własnego dziecka. Podczas ceremonii obecny był także Dariusz K., który był biologicznym ojcem ofiary. Wyznał on, że zdarzało mu się dostrzegać sine plamy u trzylatka, ale za każdym razem 36-latka zbywała go wymówkami o nieszczęśliwym upadku z huśtawki. Te kłamstwa pozwalały jej perfekcyjnie tuszować domowy koszmar, jaki na co dzień rozgrywał się w czterech ścianach.
Prasa szybko dotarła do informacji, z których wyłaniał się obraz Mariusza Vaćkara jako osoby wysoce brutalnej już od najmłodszych lat. Mężczyzna znany był ze znęcania się nad szkolnymi kolegami, zmagał się z nałogiem narkotykowym i przynosił fatalne oceny, posuwając się nawet do okradania własnej, samotnie wychowującej go matki. Pani Mirosława zdecydowała się na publiczne wyznanie przed obiektywami magazynu "Uwaga! TVN". Tłumaczyła tam, że robiła wszystko, by utemperować trudny charakter syna za pomocą systematycznych kar i rozmów. Niestety, wkroczenie w dorosłość nie przyniosło żadnej poprawy – regularnie tracił on posady z powodu zarzutów o niekontrolowaną agresję.
"- Na mnie krzyczał, trzaskał drzwiami –"
wspominała kobieta na antenie stacji TVN.
Relacja sprawców rozpoczęła się dzięki kontaktom w agencji towarzyskiej, przy czym 29-latek utrzymywał, iż jego nowa partnerka całkowicie zataiła fakt bycia matką sześciorga dzieci. Historia poprzednich jej ciąż jest wstrząsająca: czworo pociech zostało jej sądownie odebranych i umieszczonych w rodzinach zastępczych. Los piątego noworodka pozostawał owiany tajemnicą – część doniesień medialnych mówiła o jego zaginięciu, inne wprost sugerowały, że dziecko nie żyje. Biorąc pod uwagę tę makabryczną kartotekę, opinia publiczna zachodziła w głowę, dlaczego szósty potomek musiał dorastać pod skrzydłami kobiety. Okazało się, że 36-latka wywalczyła formalne prawo do opieki nad Bartusiem po ukończeniu kuracji odwykowej, a sędziowie z sobie tylko znanych przyczyn uznali to za wystarczające. Niedługo później doszło do rozlewu krwi.
Początkowe miesiące nowego związku nie zwiastowały jednak nadciągającego dramatu, a Mariusz miał rzekomo w pełni akceptować małego domownika. Występując w reportażu "Uwagi! TVN" już po usłyszeniu pierwszych wyroków, relacjonował przed dziennikarzami, iż dziecko cechowało się ogromną ruchliwością, co wymagało nieustannej czujności.
"- Mówił na mnie wujku –"
podkreślał z nieskrywaną wręcz dumą oprawca. Skąd zatem wzięła się chęć zamordowania? Zwyrodnialec usprawiedliwiał swoje sadystyczne ataki rzekomym nieposłuszeństwem malucha, które miało prowokować gniew. Bez wahania zrzucał też część winy na swoją partnerkę, twierdząc, że ona również znęcała się nad trzylatkiem fizycznie, gdyż jawnie "nie chciała tego dziecka". W internecie do dziś można natrafić na fotografie ilustrujące tamte przerażające dni.
Mariusz Vaćkar zgotował trzylatkowi trzydniowe piekło. Ujawniono szczegóły procesu
Finał życia małego mieszkańca Kamiennej Góry to równe trzy dni bezustannego katowania tuż przed ostatecznym zgonem. Zabójca z rozbrajającą szczerością stwierdził, że kompletnie nie pamięta czynnika, który uruchomił jego furię. Co więcej, na sali rozpraw kategorycznie negował wnioski biegłych lekarzy, z których jasno wynikało, że zmasakrował on chłopca wymierzając kopniaki, uderzenia klamrą paska, ciosy kablem oraz z impetem rzucając nim o mury. Redakcja TVN zwróciła uwagę na wyjątkowo mrożący krew w żyłach fakt – w trakcie wywiadu z reporterem "Uwagi" dorosły kat nie okazał trzylatkowi ani krzty litości. Taka sama chłodna postawa towarzyszyła mu w trakcie procesów sądowych, pozbawiona jakiejkolwiek skruchy. Opisana konwersacja z mediami miała miejsce ledwie trzydzieści dni po skazaniu. O jakich wyrokach mówimy?
Rozstrzygnięcie sprawy nastąpiło 21 grudnia 2009 roku w gmachu Sądu Okręgowego w Jeleniej Górze. W toku wielomiesięcznego procesu prokuratorzy postanowili znacząco zaostrzyć ramy aktu oskarżenia wobec zatrzymanych. Iwona Kwiatkowska przestała być sądzona wyłącznie za nieudzielenie pomocy – przypisano jej czynny udział i pomocnictwo przy zabójstwie własnego syna. Podobnie postąpiono z Mariuszem Vaćkarem, którego oskarżono o dokonanie pełnoprawnego morderstwa, rezygnując z łagodniejszej interpretacji o pobiciu z tragicznym finałem. Modyfikacja oskarżeń otworzyła orzekającym drogę do zastosowania najwyższych sankcji przewidzianych przez przepisy za to bestialstwo. Obraz zbrodni przywodzi na myśl równie drastyczne sprawy obyczajowe z terenu całego kraju, w których ofiarami domowych oprawców stają się najbliżsi członkowie rodzin.
Przed obliczem sędziów konkubent odrzucał przypisywane mu zarzuty, nieustannie wskazując na 36-latkę jako inicjatorkę przemocy. Kobieta odwdzięczała się podobną narracją, zarzekając się wbrew logice, że zawsze stanowiła tarczę obronną przed urazami zadawanymi przez kochanka. Prowadząca sprawę prokurator Ewa Węglarowicz nie pozostawiła jednak złudzeń co do natury oprawcy, określając go mianem wyrachowanego psychopaty, dla którego sadyzm był swoistą formą wychowywania malca.
"- Według biegłych nie jest chory psychicznie, więc wie, co jest dobre, a co złe. Skoro przez trzy dni bił Bartka, to godził się na śmierć chłopca. Widział, że każdego dnia chłopiec czuje się coraz gorzej. Ostatniego dnia Bartek był już tak pobity, że nie pozwalał się dotknąć. Oprawca traktował dziecko jak przedmiot -"
argumentowała oskarżycielka w dosadnej mowie końcowej.
Decyzja sądu pierwszej instancji była bezwzględna: 29-latek otrzymał wyrok dożywotniego więzienia, a matka skatowanej ofiary usłyszała karę piętnastu lat pozbawienia wolności.
"- Ta sprawa to niewyobrażalny koszmar. Oskarżonego należy wyeliminować ze społeczeństwa. Jest osobą wyrzutą z jakichkolwiek ludzkich odruchów. Zapomniał, że jest człowiekiem -"
podkreślał z powagą sędzia Marek Klebanowicz, objaśniając powody takich rozstrzygnięć.
"- Resocjalizacja w jego przypadku jest niemożliwa. Nazywanie oskarżonej matką jest z kolei obrazą tego słowa. Jej dziecko nigdy nie zaznało miłości i odchodziło ze świata w niewyobrażalnych mękach. Jedyne, co możemy zrobić teraz, to surowo ukarać jego katów –"
wskazywał stanowczo arbiter. Co ciekawe, zasądzona dla 36-latki piętnastoletnia odsiadka nie usatysfakcjonowała organów ścigania. Znacznie wyższej ceny za bierność, bo aż 25 lat izolacji, domagała się od wymiaru sprawiedliwości... własna matka skazanej Iwony.
Sąd Apelacyjny był bezwzględny dla katów Bartusia. Makabryczne zdjęcia wypłynęły do internetu
Od ogłoszonych wyroków błyskawicznie wpłynęły odpowiednie apelacje. Reprezentanci oskarżonych wnieśli o powtórne przeanalizowanie dowodów w nadziei na redukcję wymiaru kary, natomiast prokuratorska strona żądała znacznie surowszej odpłaty dla matki ofiary. W tym samym czasie w wirtualnej przestrzeni zaczęły krążyć niewyobrażalnie drastyczne fotografie dokumentujące pośmiertne, prosektoryjne oględziny bezbronnego ciała chłopczyka. Kadry z całą brutalnością obnażały sadystyczne zapędy oskarżonych, ukazując gigantyczną skalę zniszczeń małego organizmu. Detektywi dowiedli, że pretekstem do wymierzania okrutnych ciosów była nawet fizjologiczna chęć udania się do łazienki. Morderca potrafił okładać dziecko gumową rurą, ciężkim kablem i pasem z metalową sprzączką, uderzając go bezpośrednio w genitalia, kontynuując nawet wtedy, gdy wątła dziecięca skóra rozrywała się od impetu uderzeń. Zwyrodnialec konsekwentnie kwestionował ten zbiór faktów, jednak oficjalna dokumentacja biegłych oraz przerażające dowody wizualne z sieci zamykały drogę do dyskusji, dostarczając bolesnego, ale prawdziwego obrazu cierpienia.
Będąc już po pierwszym skazaniu, Mariusz Vaćkar żalił się przed mikrofonami programu "Uwaga! TVN", przekonując, że najwyższy wymiar kary jest dla niego krzywdzący, ponieważ – w jego opinii – nie dokonał klasycznego zabójstwa. Według tej karkołomnej logiki, zasługiwał najwyżej na potępienie za zwykłe pobicie zakończone przypadkową śmiercią.
"- Myślałem, że to jest tak, jak mama mnie biła. Że tak, jak mnie nic się nie stało, tak i jemu nic się nie stanie –"
bronił się absurdalnie przed milionami widzów 29-letni oprawca.
Szczególnie niepokojącym elementem całej tej opowieści o złu jest jednak zjawisko koszmarnej bierności środowiska. Co najmniej kilka dorosłych osób miało wiedzę o tym, że dom przy ulicy Jedwabnej to katownia. Zatrważający pozostaje fakt, że nikt z sąsiadów czy bliskich nie uderzył pięścią w stół, by skutecznie wyrwać chłopca z patologicznego gniazda. Jak pokazują liczne policyjne kroniki z całego kraju, to kolejna wstrząsająca przestroga – szybsza reakcja obywatelska i stanowcza interwencja organów nadzoru mogłaby ocalić niewinnemu dziecku życie.
Sąd Apelacyjny z siedzibą we Wrocławiu zmierzył się z wnioskami odwoławczymi 7 kwietnia 2010 roku. Orzekający w tej sprawie sędzia Robert Wróblewski, cytowany przez łamy dziennika "Fakt", z naciskiem uświadomił wszystkim zgromadzonym, że w Kamiennej Górze złamano najbardziej pierwotne prawo natury, które bezwzględnie obliguje opiekuna do obrony życia własnej latorośli, choćby cena za to była najwyższa.
"- Złamanie tego nakazu uderza nie tylko w podstawy życia cywilizacyjno-kulturalnego, ale przede wszystkim w podstawy gatunku ludzkiego. Opis obrażeń Bartka zajmuje stronę maszynopisu. Trudno znaleźć na ciele chłopca miejsce wolne od obrażeń. Dziecko było katowane przez 3 dni. To jest po prostu masakra -"
wypunktował surowo podczas wygłaszania ostatecznego uzasadnienia.
"- Wiele zostało powiedziane na temat tej tragedii. Żadne słowa jednak nie oddadzą tego, co się stało –"
skwitował przygnębiony wymiarem sadyzmu prawnik.
Decyzja wrocławskiej apelacji przypieczętowała ostatecznie los dwojga morderców, utrzymując pełen wymiar kar nakreślonych w pierwszej instancji. Tym samym wyroki uzyskały prawomocność, definitywnie odsyłając Iwonę Kwiatkowską na piętnaście lat do celi, a 29-letniego Mariusza Vaćkara na karę dożywotniego spędzenia czasu za kratkami.