W niedzielę, 31 maja, siostra zaginionego Bartosza Bartkowiaka opublikowała w mediach społecznościowych niepokojący wpis. Z jej relacji wynika, że 29 maja mężczyzna opuścił Szwajcarię, gdzie na co dzień żyje i pracuje. Jego celem był urlop w ojczyźnie, planował sprawić niespodziankę swoim rodzicom.
Z informacji przekazanych przez krewnych wynika, że ostatni raz Bartosz był widziany 30 maja na wrocławskim dworcu. W okolicach godziny 6:20–6:30 miał wsiąść do pociągu zmierzającego w kierunku Poznania. Mężczyzna pochodzi z Sapowic, niewielkiej wsi położonej w województwie wielkopolskim. Podróż pociągiem na trasie Wrocław-Poznań miała rozpocząć się właśnie rano.
Zgodnie z przekazanymi przez siostrę informacjami, to żona zaginionego jako ostatnia miała z nim kontakt. O godzinie 11:08 otrzymała od męża wiadomość, z której wynikało, że zrezygnował z wizyty u rodziców i wciąż znajduje się we Wrocławiu. Od tamtego momentu jego telefon milczy, a bliscy nie mają żadnych wieści o tym, co się z nim dzieje.
Poszukiwany mężczyzna mierzy 185 cm i waży około 110 kilogramów. Charakteryzują go niebiesko-zielone oczy i wyraźna opalenizna. W chwili zaginięcia nosił czarną koszulkę z brązowym nadrukiem na plecach, niebieskie krótkie spodenki do kolan i czarne buty. Miał również ze sobą szarą sportową torbę z ciemnym dołem. Cechą charakterystyczną są tatuaże: wizerunek husarii na lewym ramieniu oraz słońce wytatuowane na prawym przedramieniu.
Krewni zwracają uwagę na jeszcze jeden bardzo istotny fakt. Bartosz cierpi na chorobę Leśniowskiego-Crohna, co potęguje obawy o jego zdrowie. Z informacji podanych przez rodzinę wynika, że zaginiony nie zabrał ze sobą niezbędnych leków, dokumentów ani portfela.
O sprawie zniknięcia mężczyzny poinformowano już organy ścigania. Rodzina apeluje do wszystkich, którzy mogli spotkać Bartosza lub dysponują jakąkolwiek wiedzą o tym, gdzie może przebywać, o natychmiastowe zgłoszenie się do bliskich lub na policję.